Odwiedziłam Kołchoz. Zbierałam się do tego od dwóch lat z hakiem, nawet kiedyś próbowałam, ale skończyło się na wejściu, spotkaniu Muchy i wyjściu. Tak więc, plan mi wisiał, ale w końcu się zmobilizowałam. Nie do końca wiem, czego się po tej wizycie spodziewałam, więc trudno określić, czy się udała, ale z drugiej strony, ciężko mi nazwać jakąkolwiek wizytę udaną, jeśli kończę ją tak rozwalona. Miałam jakąś nikłą nadzieję, że oswoję to miejsce, że przestanie być ono synonimem wszystkiego, co najgorsze. Pod tym względem, nie wyszło.
Nie rozumiem fenomenu tego miejsca, serio. Naczytałam się o kotwicach, a jednak wciąż mnie zadziwiają. Jak jeden ładny, bo ładny, ale jednak tylko budynek może natychmiastowo zmienić wszystko. Przed bramą – na Jachimka, pierś do przodu, świat nie lubi ponuraków, kolejny wykładowca pokonany, jest cudownie. A za płotem siedzi Strach Na Lach i wżera słonecznik, jakby na coś czekał.
A, bo to jedno udało mi się odkryć – już wiem, dlaczego było mi tam tak źle. Bałam się. Permanentnie się bałam, czy to babki od matmy, czy tego, że znów mi się wyrwie jakieś „o nie” w kontekście nadchodzącej fizyki, czy też tego, że nigdy nie wiedziałam, czy dziś będę fajna, czy lamerska, czy och, akurat dzisiaj będę powietrzem. Bo nie ma problemu, mogłam być powietrzem. Ale, cholera jasna, odrobiny konsekwencji, żebym sobie z tą swoją powietrznością mogła jakoś życie ułożyć.
Huśtawki są fajne, ale gdy zaczynają występować jako metafora codziennego życia, zdecydowanie nie dają rady.
I kiedy wyszłam stamtąd, zbombardowana widokiem sal od matmy, gabinetu psycholożki (mein Gott, nie pamiętałam już nawet, co się tam wyrabiało. Koło psychologiczne, które zmieniło się w terapię grupową, gdzie wszyscy wybebeszali swoje największe problemy, a ja z przekonania, konsekwentnie odmawiałam otworzenia się choćby na centymetr ponad poziom „jaki jest twój ulubiony kolor?”, mniam!), wieżyczki od angielskiego (która mnie rozwaliła najbardziej, o dziwo. Przecież to właśnie tam przychodziłam, żeby się zresetować, to tam zawsze było najciszej i najpuściej), czy parapetu, na którym swego czasu usłyszałam, że to wszystko moja wina, znów nic nie było jasne. Przypomniałam sobie, jak to jest, nie wierzyć nikomu w nic, wątpić we wszystkich i we wszystkich widzieć zagrożenie. I tu jest pozytywny skutek tej wycieczki – wiem już, czego chcę. Dotychczas wydawało mi się, że chcę zrozumieć, dlaczego to, co się wtedy działo, tak na mnie wpłynęło. Teraz zakopuję Kołchoz głęboko, nie na wieczne później, tylko na nigdy. Całe szczęście, że poza mówieniem „cześć” mijanym na pg-owym korytarzu ludziom, nic mnie już z tym miejscem nie łączy, bo po raz pierwszy w życiu, mam gdzieś, że nie rozumiem. Teraz już chcę po prostu zapomnieć.
Ale, ale. Mimo wszystko, brianowe „no excuses, no apologies, no regrets” wciąż działa. No regrets, bo jako wyznawczyni efektu motyla wierzę, że bez tego epizodu, nie byłabym w miejscu, w którym jestem teraz (uczelnia, towarzystwo, ciepła dziupla z koca na moim ogromnym łóżku, interpretujta to sobie, na jakim poziomie chceta). A to miejsce mi się podoba, bardzo. A więc i Kołchoz musiał się zadziać, aby było tak, jak jest. Mówi się trudno.
I tylko jednego żałuję – że nie spotkałam Księdza, jednej z dwóch osób, która utrzymywała mnie w pionie do końca, choć w okolicach maja był to już bardzo umowny pion. Mogłam wprawdzie tak wykoncypować, żeby wbić na przerwie i go znaleźć, ale nie zrobiłam tego z jednego prostego powodu – boję się, że mnie nie pamięta (nie wbiłam też dlatego, że nie chciałam natknąć się na np. Dorotkę, ale to już osobny temat). A ja zdecydowanie wolę zapamiętać go jako człowieka, który chciał ze mną dyskutować, nawet po haśle „jestem niewierząca, a książka mi się absolutnie nie podobała, ale mam pewne przemyślenia na jej temat” niż wpatrującego się we mnie tępym wzrokiem i próbującego zrozumieć, kim jest to rudo-zielone i czego właściwie od niego chce. Po raz kolejny, mówi się trudno.
Zaczynam ostatnio widzieć pewne prawidłowości w połączeniach muzyka – nastrój. Myślę, że gdybym tagowała, to Linkinów mogłabym spokojnie oznaczyć jako “head full of anger”.
Congrats. Ja do swojego “kołchozu” od czasu wylotu nie zajrzałam ni razu. I chyba nie miałabym siły zrobić tego z własnej, nieprzymuszonej woli.