Panowie już drugi raz zajechali do Tczewa. Dwa lata temu byli świeżo po sukcesie “Nieba”, śpiewali “Bociany” i pokazywali “Radę Pedagogiczną”. Tym razem nagłośnienie działało, a na scenie dział się “The Sejm”. Program podobno świeży, podobno dopiero któryś raz grany. No cóż… Widać.
Zaczęło się z grubej rury – na scenę wypuszczono dymy, a z ciemności wyłoniły się gwiazdy wieczoru, śpiewając “Robią, co chcą”. Zdecydowanie najlepsza część występu – piosenka wpada w ucho i tam zostaje w sposób dość upierdliwy. Jedyny szkopuł to to, że ktoś w zwrotkach wyciszył mikrofony Michała i Romana, co zauważył tylko ten pierwszy. Koniec końców wyglądało to tak, jakby Roman występował w roli radkowego suflera. Ale w gruncie rzeczy było to dość zabawne, a generalnie o zabawność się w tym występie rozchodziło.
Jako drugi na scenie pojawił się Franciszek Smuda w towarzystwie pewnego małżeństwa, które próbowało zgłosić swoją kandydaturę do reprezentacji Polski w piłce nożnej. I tutaj chyba czegoś nie chwyciłam, bo skecz mi się dłużył, okraszany jedynie sporadycznymi uśmiechami w co zabawniejszych momentach.
Następnie przyszła kolej na “Trzech Króli”. I tutaj bardzo fajnie, współpraca Radka i Michała bardzo in plus. Ruchy rękoma wprawdzie trochę niezrozumiałe, ale sympatyczne. Tylko Wandzia już trochę wychodzi nosem. Ale Wandzia ze strażnikiem miejskim z Czczewa już nie. Ta para była nie do pokonania.
Nie mogło również zabraknąć okutanych w koce i puchówki plażowiczów. I miło i sympatycznie, i Michał z lodami na bambusowym kiju i Roman, co “weszł” i poprawiający go Radek, ale tak jakoś bez serca do tego podeszli. Brakowało tego bigla i chęci eksperymentowania, którą zawsze prezentują.
Poza tym uczestniczyliśmy również w prywatnym spotkaniu Baracka Obamy i Bronisława Komorowskiego (dzik w buszu poganiany biczem, te klimaty), zapoznaliśmy się z panem, który się wprawdzie nie przedstawił, ale z fizjonomii łudząco był podobny do Żurka Romana. Pan najpierw poszedł na bezpośrednią konfrontację z po raz kolejny wypuszczonymi dymami, a następnie zaśpiewał piosenkę w dwóch językach. Btw., dużo bardziej mi się podoba akcent Romana parodiującego mówienie po angielsku, niż Romana usiłującego wysławiać się po amerykańsku. Ale to już takie moje prywatne zboczenie i anty-usa’owa krucjata.
Na koniec zaserwowano piosenkę europosła i tutaj po raz kolejny sprawę zniszczyli tck-owi nagłośnieniowcy. Ale ogólnie wrażenie pozytywne.
Na deser dostaliśmy piosenkę o stypie i, a jakże, sławne “Niebo”. I to był zdecydowanie najsłabszy punkt programu, bo coś się zaczęło w tym skeczu cofać. Szkoda psuć taką, bądź co bądź, legendę.
Podsumowanie? Było nieźle, choć spodziewałam się czegoś więcej. Radek wprawdzie trwa w zachwycającym mnie constansie, ale o ile Roman w konferansjerce kwitł, to wydawał się być odrobinę znudzony graniem swoich ról. A Michała w tym programie jest generalnie dosyć mało. No i dobili mnie moi krajanie wybuchający dziką radością na każde słowo powszechnie uznawane za obraźliwe, ale to już jest temat na zupełnie inną rozkminę.
Tak więc, było miło, wszelkie niedociągnięcia zrzucam na niedogranie programu i cieszę się kolejnym spotkaniem z jednym z moich ulubionych kabaretów. Jak się odrobinę przymknie oczy, to świat od razu staje się piękniejszy.
myhyhyh, no jaka ja mądra jestem, chyba kiedyś pójdę w ślady Dagi i założę sobie stronę na wikiquote. ;D dzięki! :***
… chyba m smutno. Neonsi i coś nie tak? Bu.
P.S. Popatrując na tą część nowego programu, która wylądowała w TV mam wrażenie, że w stosunku do kwietniowej premiery część rzeczy naprawdę pozmieniali, niestety bynajmniej nie do końca na plus…