Przestałam odczuwać potrzebę pisania. Minęły czasy, kiedy wena nie dawała mi spać i jedyną opcją dawającą szansę na odpoczynek było wyjęcie karki i zapisanie swędzącego pomysłu. Nieodmiennie rozmazywałam świeży tusz, brudząc palec serdeczny, bo wyrzucałam z siebie słowa prawie bezmyślnie, chodziło tylko o to, żeby się ich pozbyć z wnętrza.
Potem ktoś mi mówił, że jest dobrze, że się wzruszył, że jestem bardzo dojrzałą osobą. Albo że szajs, zależnie od mówiącego. Kiedyś ktoś wspomniał, że mam wrażliwość Stachury. Tym samym zapowiedział mi rychłą śmierć, ale dobra, nie czepiam się.
Teraz stać mnie tylko na leżenie z laptopem na brzuchu i popijanie kolejnych odcinków „Jak poznałem waszą matkę” żurawinowym Redd’sem. Albo „Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet”, zamiennie. I nic to, że Jachim twierdzi, że to gówno, muszę sprawdzić sama. Po głowie tłucze mi się najmniej ambitna część Redhociej piosenki, którą męczę ostatnio namiętnie:
This I know, hey, this I know.
Take me home, take me home.
Z radosną ignorancją pomijam kontekst całego utworu, wkładając wszystkie emocje siedzące w mojej interpretacji (którą bardziej czuję niż wiem, ale to pewnie dlatego, że jest bezsensowna) w nieustanne wewnętrzne nucenie. Taka już jestem kreatywna, kochajcie mnie taką.
Szkoda, że jak na razie moim życiowym dziełem pozostaje coś, co mieści się na stronie A4 Tahomą dwunastką, a co tak naprawdę zrozumiały tylko dwie osoby z dość licznego grona czytelników. No ale trudno.
Jakaś taka rozmemłana ostatnio jestem. Nie lubię siebie takiej.
żurawinowy redd’s? muszę spróbować! no i HIMYM -> Marshall <3<3<3
Może po prostu te wakacje są zbyt długie? Jeszcze chwila i nowe środowisko na 2/3 etatu, więc chyba rozmemłanie przejdzie.
Barney jest awesome i w ogóle, ale to Marshalla uwielbiam bezgranicznie :)
Liczę z dojazdami, to też jakieś środowisko. ;)